Włącz radio

Słuchaj nas na 103 FM

Zadzwoń do studia: 222 562 562

Napisz do nas

Włącz radio

Kolorszop

Halo Himalaje - dziennik wyprawowy

Dodano: 2019-10-19 12:14:19

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku - otwierasz właśnie dziennik wyprawowy (brzmi lepiej niż blog, prawda?), w którym dzielę się wrażeniami z mojego pierwszego wyjazdu w Himalaje. Zapraszam do lektury. Konrad Czubaj

24.09.2019

W zasadzie to wszystko zaczęło się od pierwszych kroków w Tatrach w wieku 4 lat, ale to długa historia, więc przewińmy taśmę...

W grudniu 2018 roku spotkaliśmy się z Romanem Gołędowskim z okazji Warszawskiego Przeglądu Filmów Górskich. Mój gość przyszedł na rozmowę z kaszlem, z którego od razu się wytłumaczył: "Niedawno wróciłem z Himalajów, nie mogę doleczyć"... 

Prawdopodobnie każdy "górzysta" zastrzyże uszami na słowo "Himalaje" i nie inaczej stało się w moim przypadku.

I tak po nitce do kłębka dowiedziałem o projekcie Polskie Himalaje. Okazało się, że ten klub sportowy organizuje wkrótce wyprawę trekkingową dla uczczenia 30-lecia śmierci Jerzego Kukuczki, jednego z najwybitniejszych himalaistów świata, który zginął na Lhotse 24 października 1989 roku. Dość szybko skontaktowałem się z organizatorami.

Okolicznościowa wyprawa trekkingowa miała wyruszyć właśnie w październiku tego roku i dotrzeć do Base Campu pod Everestem i Lhotse, a wybrana grupa spróbować wejścia na Island Peak (6189 m. n.p.m.). Proszę sobie wyobrazić, jak taka możliwość musiała podziałać na kogoś, kto od lat dziecięcych przemierzał tatrzańskie szlaki i zaczytywał się w książkach o wielkich himalaistach. No, trzeba jechać.

Teraz do wylotu (8 października) pozostały dokładnie dwa tygodnie. Bilety lotnicze kupione, większość sprzętu zgromadzona, przygotowanie fizyczne i nastawienie psychiczne - chyba dobre.

To tyle słowem wstępu (ponoć dłuższe formy nie są współcześnie jakoś bardzo chętnie czytane). Więcej wkrótce, a jeśli jesteście zainteresowani postępami wyprawy, samym przygotowaniem, zakulisowymi sprawami, a także odpowiednią dawką historii polskiego himalaizmu... zachęcam do odwiedzania tego dziennika, który powstał na potrzeby wyjazdu. Zapraszam także do słuchania Radia Kolor na 103 FM, gdzie w październiku usłyszycie relacje prosto z samych Himalajów.

Trzymajcie kciuki. Dzięki i do usłyszenia!

30.09.2019

Wybaczcie kilka dni ciszy. Dziennik dopiero co zaczęty, a już zarasta.

Czas zdradzić więcej szczegółów na temat samego planu. Otóż po lądowaniu w Katmandu prawie od razu lecimy do Lukli. I to - nie powiem - powoduje lekki dreszcz na plecach piszącego te słowa. Lotnisko w Lukli im. Tenzinga-Hillary'ego (Tenzing Norgay i sir Edmund Hillary - pierwsi zdobywcy Mount Everestu) to położona na wysokości 2860 m n.p.m. infrastruktura, która jest istnym koszmarem każdego aerofoba. Lotnisko w Lukli uznaje się za najniebezpieczniejsze na świecie, co staje się dość zrozumiałe, jeśli wyobrazicie sobie pas startowy, który z jednej strony ma przepaść, a z drugiej skały. Do tego dodajmy jeszcze silne podmuchy waitru i (często) kiepską widoczność. Wieść gminna niesie, że po udanym lądowaniu w Lukli, wejście na Mt Everest to czysta formalność...

Po udanym lądowaniu udajemy się w trekking w kierunku Base Campu (wybaczcie anglicyzm, ale to już w zasadzie nazwa własna), czyli bazy pod Mount Everestem. Zaznaczmy jednak - tuż obok Sagarmathy (nepalska nazwa Everestu - Czoło Nieba) znajduje się inny ośmiotysięcznik, czyli Lhotse. To ważny dla wyprawy szczyt, ponieważ w 1989 roku na południowej ścianie zginął Jerzy Kukuczka, pamięci którego dotyczy całe nasze przedsięwzięcie.

Zanim jednak dotrzemy do Base Campu, czeka nas mnóstwo atrakcji związanych z pokonywaniem malowniczej doliny Mlecznej Rzeki, czyli Dudh Kosi, a także wizyta w Namche Bazaar, czy klasztorze buddyjskim w Tengboche... O tym jednak w najbliższym wpisie hołdując zasadzie, że krótkie formy pisemne mają się dziś w internecie lepiej, niż te dłuższe. 

Tymczasem muszę trochę doleczyć lekkie przeziębienie, do wylotu pozostał tydzień... Niezmiennie proszę o trzymanie kciuków (tym razem głównie za zdrowie) i do usłyszenia.

01.10.2019

Kto dziś słuchał Radia Kolor - wie, że miałem napisać kilka słów o przygotowaniu fizycznym. 

Zapytałem o to Leszka Cichego, który jako pierwszy z Krzysztofem Wielickim stanął zimą na szczycie Everestu w 1980 roku. Odpowiedział - "kondycja, kondycja, kondycja..." Ale jako że nie jestem trenerem personalnym - nie będę rozwodził się nad różnymi treningami wydolnościowymi. Ten wpis nie za bardzo ma też ambicję, by stać się poradnikiem dla tych, którzy marzą o wysokich szczytach. Nie mam do tego odpowiednich kompetencji. Żeby jednak poprawić kondycję - warto biegać i pływać. Wybrałem to pierwsze, bo miałem epizod maratoński i nawet lubię, a z pływaniem to za dużo zachodu z całą tą wizytą na basenie... 

Zapytany o to samo Jerzy Natkański, kierownik wyprawy przygotowawczej na K2 w ramach programu Polski Himalaizm Zimowy PZA, a także członek wielu innych wypraw, zdobywca ośmiotysięczników i kierownik naszej grupy, zwrócił uwagę na coś innego. Otóż polecił... chodzenie z obciążeniem. Co dla mieszkańca nizinnego miasta, którym jestem, oznacza wybór jakiejś siłowni, gdzie znajdziemy bieżnię (z nachyleniem), albo mechaniczne schodki, na których można pokonywać "cyfrowe" piętra. Niektórzy alpiniści wybierają czasem także wysoki budynek w okolicy i śmigają po schodach wte i we wte. No można... Jeśli nie za bardzo przejmujemy się opinią swoich sąsiadów. Jestem ciekawy, co początkowo pomyślała sobie moja sąsiadka, która natknęła się na mnie w pełnym rynsztunku na klatce schodowej. No że pewnie nie po kolei ma facet w głowie, ale po krótkiej rozmowie życzyła mi powodzenia w Nepalu.

Czytelnik może czuć się rozczarowany, że przygotowania fizyczne w Himalaje to w moim przypadku bieganie i chodzenie z obciążeniem, ale w zasadzie to cóż innego będziemy robić, niż... chodzić z obciążeniem. Wytężone treningi zostawmy wyczynowcom, którzy marzą o K2 zimą. No, może kiedyś.

Podsumowując dzisiejszy wpis - uważając się za w miarę sprawnego człowieka, który regularnie uprawia sport i na kondycję nie narzeka, pozwoliłem sobie na ledwie umiarkowany trening biegowy i "chodziarski" na kilka miesięcy przed samym wyjazdem. Czy to wystarczy - góry sprawdzą. 

Aha, Leszka Cichego zapytałem jeszcze, czy trzeba mieć bardzo silne nogi. "Silną głowę" - zripostował i pożegnał się ze mną.

11.10.2019

Ostatnie dni przed wyprawą były intensywne, a co za tym idzie - ciche w dzienniku, ale to wszystko po to, żebym mógłbym powiedzieć „Halo z Katmandu!”.

Za nami pierwszy pełny dzień w pachnącej kadzidłami i przyprawami stolicy Nepalu. Zaznaczmy jednak - z powodu święta Nepalczyków w mieście był mniejszy gwar i tłok, ale już powoli ruch tężeje i coraz częściej słychać klaksony (głównie skuterów). Stragany pełne są pamiątek - rękodzieła, figurek, masek, biżuterii i... podróbek odzieży i sprzętu topowych marek górskich. Łącznie z tymi ostatnimi wszystko daje znak, że jesteśmy u podnóża najwyższych gór świata.

Dziś nasza mała grupa głównie spacerowała i robiła tzw. rekonesans przed zaplanowanymi zakupami pamiątek, które czekają nas już po trekkingu. No dobrze, w zasadzie wszyscy już coś kupili, łącznie z piszącym te słowa, który popadł dziś w szał shoppingu... a głównie w zachwyt tutejszym folklorem. Nasze głowy zaprzątają jednak góry. Pisząc te słowa jesteśmy już spakowani na lot do Lukli, skąd wyruszymy na kilkunastodniowy trekking w kierunku bazy pod Everestem.

I tu ważna sprawa. Jeśli jesteście osobami, dla których 50, 100, czy nawet 250 gramów różnicy na kurtce to nie różnica, to... spróbujcie spakować się na lot do Lukli mając w planie wyższy szczyt wymagający tzw. szpeju. Okaże się, że zamiast dwóch mydeł wystarczy jedno na dwie osoby, oczywiście to lżejsze, a w zasadzie to jedna koszulka mniej wystarczy. Szkopuł w tym, że samolot ma limit 15kg, a za nadbagaż płacimy, choć gorsze jest to, że przy naddatku nasz ładunek po prostu... nie dotrze. Albo dotrze z opóźnieniem - tak w skrócie.

Na dziś to na razie tyle. Wstajemy o 3:30, by zdążyć na lot, tak że trzymajcie kciuki za udane lądowanie i udaną (skuteczną) pobudkę. Wyżej internet nie jest demonem prędkości, ale będę próbował pisać oraz nadawać przez radio. Czy pisałem już, żebyście trzymali kciuki...?

17.10.2019

Czas na dłuższy wpis, bo było kilka dni ciszy, ale rozumiecie... Internet w Himalajach to nie demon prędkości. Kto słuchał Koloru - ten wie, że lądowanie w Lukli było udane, a za sterami siedziała pilotka, co wzbudziło duży entuzjazm naszej grupy.

Lukla wygląda jak na zdjęciach, krótki pas lotniczy, trochę infrastruktury, nepalskie flagi i majaczące daleko śnieżne szczyty. Tak wygląda brama do najwyższych gór świata. Z Lukli udaliśmy się do Phakding (2600), by zanocować niżej ze względów aklimatyzacyjnych. Trasa biegła przez nepalskie wioski i wszechogarniającą zieleń, która była miłą scenerią wziąwszy pod uwagę panującą w Polsce jesień. Pogoda - jak drut, cały czas słońce (palące) i ponad 20° C.

Nasze oczy prawie cały czas cieszą nepalskie flagi i kamienie z wyrytymi inskrypcjami, a co po niektórym ciśnienie podwyższały wysoko zawieszone mosty, prowadzące nad rwącymi rzekami. Oczywiście mosty udekorowane trzepoczącymi flagami. Słowem - zdjęcia nie kłamią!

Pierwszy nocleg nie był zbyt komfortowy, duży skok wysokości dał się we znaki niektórym. Kolejnego dnia dotarliśmy po dość ostrym podejściu (600m) do Namche Bazar, zaprojektowanego niczym amfiteatr na zboczu. Namche to trochę Katmandu na wysokości. Stragany z pamiątkami, oryginalne sklepy z górskim sprzętem, a do tego nawet... puby. Dość powiedzieć, że na wysokości prawie 3500 m n.p.m. usłyszałem Dire Straits, czy Red Hot Chili Peppers. Czy w otoczeniu skał można słuchać czegoś innego, niż - nomen omen - rocka? Po dojściu do Namche pozwoliliśmy sobie na mały rekonesans, później poszliśmy spać. Ogólnie spanie na wysokości łatwe nie jest, zwłaszcza jak pod oknem ujada pies. Swoją drogą - wszystkie psy tutaj to chyba z jednego ojca i matki. Większość jest czarna, puchata. Po próbie snu (wszyscy tu mają jakieś specyficzne, dość szczegółowe sny) udaliśmy się na pętlę aklimatyzacyjną.

I to był ważny dzień - po raz pierwszy naszym oczom ukazał się Mount Everest. Widok wierzchołka uruchomił wszystkie wspomnienia książek, opowieści, wielkich nazwisk. To tak, jakby miłośnik sztuki zobaczył, dajmy na to, Giocondę (swoją drogą - tę też ogląda się z dużej odległości...). Everest oglądaliśmy ze szlaku, ale także z Everest View Hotelu (3880), gdzie na tarasie raczyliśmy się kawą. No dobra, typu instant, ale z takim widokiem kawa ma dość irrelewantne, powiedziałbym, znaczenie. Zejście do Namche upływało pod znakiem złotego słońca, które tu w Nepalu mocno daje. Kolejna noc i znowu Kukur się rozszczekał (każdego psa nazywamy tu Kukur). Plan na następny dzień zakładał dojście do Tengboche, gdzie zobaczyliśmy buddyjski klasztor. A także... iście teatralny krajobraz z białymi zboczami Everestu i Lhotse pomiędzy ciemnymi zboczami, które sprawiały wrażenie kurtyn. Nawet w Everest View Hotel nie mają takich widoków.

I tu zaznaczę - kolejne dni przynoszą jeszcze piękniejsze landszafty wraz ze zbliżaniem się do Everest Base Campu. Po nocy w Tengboche udaliśmy się do Dingboche, gdzie jeden dzień poświęciliśmy na aklimatyzacyjne wejście na Nagarsang. Oznaczało to przekroczenie kolejnej magicznej granicy, tym razem 5 tysięcy metrów. Tym sposobem znaleźliśmy się wyżej, niż gdziekolwiek w Europie. Była to duża satysfakcja dla całego zespołu. Ale chyba nawet większą dawał widok Ama Dablam - pocztówkowej, malowniczej góry - na wyciągnięcie ręki. Po zejściu udaliśmy się na zasłużony wypoczynek, by następnego dnia przenieść ekwipunek wyżej, czyli do Lobuche. Szlak do wyżej wymienionej wioski (kilku hotelików na krzyż) prowadzi już przez bardziej surowy krajobraz, momentami nawet księżycowy. To za sprawą wysokości i moreny lodowca Khumbu, który wypluł tu stertę niezliczonych kamieni i głazów.

Z lewej strony towarzyszył nam zaś widok majestatycznych szczytów Tabuche i Cholatse, na tle których co chwila latają tu śmigłowce. No, czyli nie znowu takie pustkowie. Po drodze jeszcze minęliśmy wzruszający Memorial Garden, czyli miejsce z pamiątkowymi czortenami i głazami, upamiętniającymi tych, którzy zostali w górach na zawsze.

Tymczasem piszę do Was z Lobuche, leżąc w śpiworze i szykując się na jutrzejszy trek do Bazy pod Mount Everestem. Na Instagramie i FB Koloru powinny pojawić się zdjęcia, które uzupełnią powyższą narrację. Zaciskajcie kciuki, bo wysokość coraz większa i nogi trochę już dają o sobie znać.

Podziel się:

netgraf.pl