Lilian (laureatka Oscara Jodie Foster) jest cenioną psychiatrą prowadzącą własną praktykę w Paryżu. Jej uporządkowany świat zaczyna się rozpadać po nagłej śmierci wieloletniej pacjentki. Czy było to samobójstwo, morderstwo, a może tragiczna pomyłka lekarska? Dręczona wątpliwościami i poczuciem winy Lilian rozpoczyna prywatne śledztwo, wciągając w nie byłego męża (Daniel Auteuil). „Ostatnia sesja w Paryżu” to błyskotliwy kryminał psychologiczny, w którym napięcie miesza się z groteską, a rozwiązanie tajemnicy staje się intrygującą grą i konfrontacją bohaterki z samą sobą…

Od reżyserki
Początkowo chodził za mną tytuł filmu: „Vie Privee”– pożyczony z pięknego, nigdy nie pokazywanego w kinach filmu Louisa Malle’a. Są takie papierowe lalki, na które można nakładać różne ubrania. W podobny sposób przez lata dopasowywałam różne filmy do tego tytułu, ponieważ jestem przekonana, że zawiera w sobie prawdę, którą chciałam przekazać: prywatny wymiar, napięcie między tym, co o sobie wiemy, a tym, jak widzą nas inni. Oraz, oczywiście, przeciwieństwo tego, czyli nasze życie publiczne, zawodowe, gdzie na światło wychodzi tak wiele naszych sprzeczności.
Właśnie wtedy Anne Berset pokazała mi swój scenariusz, który napisała kilka lat wcześniej. Film miał tytuł „Liliane Steiner” i opowiadał o psychiatrze, pacjentce, która odebrała sobie życie, oraz o łączącej je przeszłości – co tłumaczy ogromną empatię, jaką lekarka darzy zmarłą kobietę. Ten pomysł wstrząsnął mną, jak początek żydowskiego żartu: „Co, jeśli twoja lekarz psychiatra się rozpłacze, głęboko poruszona historią twojego życia?”.
Szybko stało się dla mnie jasne, że ta psychiatra musi czuć się przytłoczona winą z powodu śmierci pacjentki, przez co zaczyna kwestionować, czy rzeczywiście było to samobójstwo. Zaczyna prywatne śledztwo, najlepiej w towarzystwie dawnego ukochanego, który ulotnił się lata temu, aby udowodnić, że to było morderstwo. Osobisty kryzys rozwija się jako opowieść detektywistyczna. Komedia o ponownym zejściu się dwójki ludzi przybiera postać ryzykownej gry.
Czego tak naprawdę dotyczy jej śledztwo? Czy dotyczy jej samej – kobiety z wyższych sfer, która kiedyś była tak stabilna, a teraz wstrząsnęła nią jej własna porażka? A może jej pacjentki, której głos wypełniał kiedyś gabinet, a teraz zamilkła na wieki? Może dotyczy odpowiedzialności? A może po prostu przestępstwa – ale jakiego i dlaczego? Cały film stanowi inscenizację i rozwianie tych wątpliwości.
Identyfikowałam się z Liliane Steiner, która musi zaakceptować ograniczenia własnej profesji. Jest przytłoczona – ale nie w taki sposób jak kobiety, które określa się jako „skomplikowane”, czyli przytłoczona znojem kogoś niezrównoważonego lub irracjonalnego, bądź uzależnieniem (chociaż możecie być pewni, że nigdy nie odmawia dobrej wódki) – wręcz przeciwnie: przytłacza ją zbytnia racjonalność, jej niezachwiane opanowanie, które (jak wszyscy wiedzą) często jest tylko zwykłą pozą.
Zaczyna wątpić w siebie i to w różnych sferach życia, także w sferze zawodowej. Co zaskakujące, tego typu historie rozprawiające się z mitem „silnej kobiety” nie są opowiadane zbyt często. W każdym takim filmie pojawia się zawsze element magicznego zaklęcia, jakby chciało się powiedzieć: „Proszę, niech nic takiego nigdy mi się nie przytrafi”! Ale równie często pojawia się głęboko ukryte pragnienie, aby doświadczyć czegoś, o czym nie śmiemy marzyć w prawdziwym życiu: „Proszę, niech coś takiego przytrafi się także mnie”… Ta dwuznaczność zdecydowała o tonie mojego filmu, który oscyluje między komediowymi sytuacjami a bardziej mrocznymi wątkami, które ujawniają głęboko ukryte sekrety bohaterki.
To zainspirowało mnie, aby część obrazu stworzyć w oparciu o oskryptowaną sekwencję i wygenerowane przez sztuczną inteligencję efekty wizualne. W ten sposób powstała dziwna, sztuczna tekstura, przypominająca coś wyciągniętego z naszych snów lub tego, co w sobie tłumimy. Ten obraz pełni funkcję ukrytych drzwi wewnątrz filmu, które cicho otwierają się przed tymi, którzy mają odwagę je przekroczyć.
Obsadzenie Jodie Foster w roli głównej to było długo wyczekiwane, ekscytujące spotkanie. Nasze pierwsze planowane spotkanie nigdy nie doszło do skutku – w moim debiutanckim filmie, kiedy miałam nadzieję, że zagra matkę Léi Seydoux w filmie Piękny kolec. W przypadku Ostatniej sesji w Paryżu czułam, że jej doskonała znajomość języka francuskiego, połączona z amerykańską wrażliwością, wzbogaci subtelne zmiany w mowie i percepcji w całym filmie – co usłyszeliśmy, co nam umknęło…
Nie znam żadnej innej aktorki, która tak potrafi ukazać mimiką przebiegającą przez jej głowę myśl, nagłe olśnienie. Kamera może niemal uchwycić jej inteligencję, jej polot i refleks.
Tytułowe „prywatne życie” ma przywodzić na myśl nie tylko intymność, lecz również życie, którego jesteśmy pozbawieni. Życie prywatne, wyzute z życia. To sugeruje, że najbardziej dotyka nas to, co najbardziej wystawia nas na ryzyko. W tym filmie dużo się mówi. Konflikt zbudowany jest na dialogu. Opowiada o kobiecie, która już nic nie powie, oraz o drugiej kobiecie, której praca polegała na jej wysłuchaniu. Reżyserując ten film, skupiałam się na dialogu, melodyjności: znajdujemy się w gabinecie terapeutki albo na sali koncertowej, czyli w miejscach, gdzie wszyscy znamy swoją rolę: tego, który mówi, i tego, który słucha.
Wszystkie decyzje obsadowe były podejmowane z uwzględnieniem melodyjności, gdzie naprzeciwko siebie stają dwie rodziny, jak przeciwstawne konstelacje. Jedna rodzina koncentruje się wokół Virginii Efiry, mrocznej gwiazdy, której zagraża Luana Bajrami ze swoją nad wiek rozwiniętą mocą obracania wszystkiego wniwecz oraz nieunikniona obecność Mathieu Amalrica. Druga rodzina skupia się wokół Jodie. Vincent Lacoste gra jej zranionego, niekochanego syna, u którego humor stanowi formę uprzejmości. Jest też Daniel Auteuil, który wspólnie z Jodie tworzy kinową parę ludzi, którzy są jak dwa różne kontynenty nie mające prawa się spotkać. A jednak zdają się połączeni ze sobą na zawsze w naszej wyobraźni. Ta para bardzo mnie wzruszyła. Są bardzo łagodni, grają intuicyjnie, wyraźnie jest między nimi chemia, która pozwala ich filmografiom przemawiać do siebie nawzajem. Pomału dociera do mnie, że każdy film, który dogłębnie mnie porusza, to w jakimś sensie film opowiadający o samym kinie – poprzez nas.
Rebecca Zlotowski
Zwiastun
Wywiad z Jodie Foster
Rebecca Zlotowski nigdy nie kryła podziwu dla ciebie ani chęci współpracy. Czy znałaś wcześniej jej dorobek?
Nie, absolutnie nic o niej nie wiedziałam. Zanim sprawdziłam kim jest i się z nią spotkałam, najpierw przeczytałam scenariusz. Zawsze tak pracuję. Nie ma dla mnie znaczenia, czy reżyser jest kimś znanym, czy też nie. Zawsze najpierw zapoznaję się ze scenariuszem. On jest najważniejszy. W tym przypadku od razu widziałam, że jest doskonały – opowiadał niesamowitą historię. Dla mnie historia jest najważniejsza. Podejrzewam, że to dlatego, że moją pierwszą wielką miłością były książki. Aktorką zostałam bardzo młodo i stało się to niemal przypadkiem. Ale w głębi duszy zawsze bardziej interesowało mnie pisarstwo, opowiadanie historii i idee. Dlatego ten scenariusz wydał mi się darem niebios – był tak pięknie napisany. Muszę również przyznać, że zaintrygowała mnie postać głównej bohaterki, Liliane Steiner. Obejrzałam więc wcześniejsze filmy Rebeki, zaczynając od Gorącego lata z Sofią, a potem ona przyjechała do Los Angeles, żeby się ze mną spotkać…
Czy możesz powiedzieć, że byłaś przekonana do tego projektu jeszcze przed waszym spotkaniem?
Tak, można powiedzieć, że już wtedy wiedziałam, że chcę zrobić ten film. Zanim jeszcze poznałam Rebekę. Ale prawdziwym momentem zwrotnym było nasze spotkanie w LA. Zamiast pogawędki o postaci, wymiany uprzejmości lub wspólnej kanapki, jak to zwykle ma miejsce podczas pierwszego spotkania z reżyserem, my przeanalizowałyśmy cały film, słowo po słowie. To zajęło nam jakieś sześć lub siedem godzin. Chciałam jej zadać bardzo dużo pytań, a każda jej odpowiedź tylko dodawała mi energii. Byłam bardzo poruszona. Ta rozmowa zmieniła wszystko. Wtedy zrozumiałam, że Rebecca traktuje swoją pracę bardzo poważnie, że ma precyzyjną wizję każdej sceny w filmie, że wszystko dokładnie przemyślała. Krótko mówiąc, miała absolutną wiedzę na temat tego scenariusza.
Nie było żadnych wątpliwości?
Powiedziałabym raczej, że towarzyszyło mi uczucie wyczekiwania. Wyznałam jej to. Miałam też nadzieję, że bardziej położy nacisk na wizualny aspekt tej opowieści. Mam na myśli te momenty, kiedy widzowie zanurzają się w obrazie. Weźmy na przykład scenę hipnozy na początku filmu, która zmienia się w sen i wytwarza się taka atmosfera tajemnicy, że widzowie muszą być w stu procentach skupieni. To idealny przykład sceny, która polega na wyjątkowej mocy obrazu filmowego. Ale z mojej strony to nie była krytyka ani wątpliwość. Chodzi o to, że kiedy nigdy wcześniej nie pracowało się z danym reżyserem, są pewne rzeczy, których nie wie się na pewno…
Biegle mówisz po francusku, ale od czasu Bardzo długich zaręczyn (2004) nie nakręciłaś żadnego filmu we Francji. Czy fakt, że miałabyś możliwość zagrania ponownie po francusku, po drugiej stronie Atlantyku, również miał znaczenie przy podejmowaniu ostatecznej decyzji?
Można powiedzieć, że to było drugorzędne. Najważniejszy był scenariusz. Ale masz rację. Od dawna chciałam zagrać we francuskim filmie, z francuskim reżyserem, całkowicie po francusku. Chciałam zagrać w czymś, co nie byłoby imitacją amerykańskiego filmu, a tym bardziej koprodukcją amerykańsko-francuską. Szukałam czegoś bardziej kameralnego – filmu, który zajmowałby się ideami, życiem umysłowym. Nie chcę przez to powiedzieć, że szukałam jakiegoś niskobudżetowego arthousowego projektu! (śmiech) Ostatnia sesja w Paryżu to ambitna produkcja. To ważny film dla Rebeki i dla mnie.
Jak przebiegały zdjęcia? Czy czułaś się zdezorientowana? Czy łatwo odnalazłaś się na planie pomimo zmiany otoczenia?
Zacznijmy od tego, że Rebecca jest jedną z najbardziej oddanych pracy reżyserek, z jaką kiedykolwiek pracowałam. Poza tym, cóż, powiedzmy, że wiem, co mam robić jako aktorka (uśmiech). Jeśli o mnie chodzi, wszystkie ważne rozmowy muszą odbyć się przed rozpoczęciem zdjęć. Kiedy jesteś na planie, musisz grać. Pod tym względem odpowiadała mi współpraca z Rebeką. Na planie wszyscy ją uwielbiają. Po pierwsze dlatego, że jest zabawna, inteligentna, zaangażowana i głęboko ludzka. Zwraca uwagę na innych. Poza tym od lat współpracuje z tą samą ekipą. Po obu stronach wyczuwa się ogromną lojalność. Wreszcie, co bardzo ważne dla niej, angażuje się w każdy aspekt. Bez niej nie są podejmowane żadne decyzje, czy to duże, czy małe. Dotyczy to nawet wyboru szalika. Czy wiesz, że połowa strojów, które nosi Liliane, czyli grana przeze mnie postać, pochodzi z szafy Rebeki? To genialne!
To musiała być spora odmiana w porównaniu z niektórymi amerykańskimi produkcjami, w których wystąpiłaś!
To prawda, że w USA filmy robi się nieco inaczej. Tam, każdy ma swoją działkę i nie interesuje go, czym zajmuje się ktoś inny. Prawdopodobnie jest tak dlatego, że na planie jest zdecydowanie więcej ludzi. We Francji wszystko jest mniejsze, bardziej skondensowane. Aktorzy noszą trzy kapelusze, a reżyser wszystkiego dogląda. W USA, kiedy grasz w dużej produkcji, na planie jest 170 osób, zdjęcia trwają kilka miesięcy, równocześnie pracują trzy zespoły… wszystko dzieje się na większą skalę. Jednak moje podejście się nie zmienia. Jeśli ja i reżyser jesteśmy zgodni – a tak było w przypadku mnie i Rebeki – moja rola jako aktorki polega na tym, żeby służyć reżyserowi, pomóc zrealizować jego wizję. To daje mi satysfakcję. Zdarzyło mi się zagrać w wielu filmach, gdzie nie byłam absolutnie zgodna z reżyserem i to było bolesne. Zajęło mi to wiele lat, ale teraz angażuję się tylko w te projekty, gdzie nadaję z reżyserem na tych samych falach. Tak było w tym przypadku.
Porozmawiajmy teraz o Liliane Steiner, czyli granej przez ciebie postaci. Podobnie jak w przypadku wielu innych bohaterek, które zagrałaś, wydaje się, że żyje ona w ciągłym napięciu między intelektem a emocjami. Czy to przypadek?
Moim zdaniem to napięcie, o którym mówisz, to fundamentalna walka, jaką toczy każdy człowiek – a być może jest to tym bardziej prawdziwe, jeśli jesteś aktorką! Kiedy przychodzisz na plan, pojawiasz się tam z pewnymi intencjami, z pomysłami na postać, a potem ktoś mówi: „Akcja!”. Wtedy już nie wiesz, co z tego wyjdzie… W sumie nie nazwałabym tego walką między emocjami a intelektem, tylko raczej tańcem, rodzajem wzajemnego oddziaływania. Wydaje mi się, że w przypadku tego filmu to działa wyjątkowo dobrze, ponieważ Liliane jest psychoanalitykiem. Psychoanalityk zawsze stąpa po cienkiej linii oddzielającej te dwa bieguny. Jej praca wymaga zarówno obiektywnej wiedzy, jak i subiektywnego zrozumienia…
Liliane jest psychiatrą, co oznacza, że mało mówi, a dużo słucha – przynajmniej na początku. Czy dla aktora to trudne doświadczenie? W tych momentach wydaje się, że kamera stara się uchwycić twoje myśli…
Na tym polega rzemiosło – na ukazywaniu procesu myślowego. Ja bardzo lubię grać postaci, których procesy myślowe są niemal widoczne. Powiem więcej: bardziej naturalnie przychodzi mi odgrywanie myśli niż emocji. Pamiętam moją postać z filmu Oskarżeni Jonathana Kaplana – była kłębkiem emocji, wszystko nosiła na wierzchu. To zadanie aktorskie było dla mnie o wiele trudniejsze niż rola dr Liliane Steiner, która pod wieloma względami przypomina mi mnie samą. A skoro o tym mowa, lubię odtwarzać współczesne kobiety, które poruszają się po świecie, szczególnie kiedy świat wystawia ich emocje na ryzyko.
W miarę rozwoju akcji pewniki w życiu tej pochodzącej z klasy średniej kobiety, prezentowanej jako spokojna, metodyczna i nienaganna, zaczynają się chwiać. Jak interpretujesz to stopniowe wkradanie się bałaganu?
Moim zdaniem to piękne i bardzo autentyczne. Idealnie odzwierciedla to drogę psychoanalizy. Przynajmniej we freudowskim wydaniu. Scenariusz Rebeki jest pełen odniesień do Freuda! To prawda, że Freud cieszy się większym szacunkiem w Europie, a w USA jest „passe” i wydaje się nieaktualny – szczególnie z uwagi na jego mizoginię. Jednak prawdę powiedziawszy, nie ma nic piękniejszego niż freudowska interpretacja. Jest niezwykle kinowa. Można nawet powiedzieć, że gdyby nie było Freuda, nie byłoby też Hitchcocka!
Humor, a w szczególności gra słów, podobnie jak sny – dwa filary freudowskiej teorii podświadomości – są poddane analizie w filmie Rebeki. To kolejne podobieństwo do twórczości Hitchcocka…
Tak, to bardzo zabawny film, bogaty intelektualnie, ale pełen humoru. Nie bierze siebie zbyt poważnie. Podobnie jak Rebecca, która jest intelektualistką – dużo studiowała, przeczytała niezliczone ilości książek – a mimo wszystko potrafi się z siebie śmiać. Uwielbia humor polegający na umniejszaniu swojej wartości. Do tego dochodzi jej silne poczucie żydowskiej tożsamości, dzięki czemu potrafi z humorem podejść do pierwotnej, surowej rozpaczy.
To poczucie rozpaczy jest wyczuwalne również w scenie snu pod wpływem hipnozy, gdzie pojawiają się nawiązania do Holokaustu. W tym śnie Liliane, a wraz z nią widzowie, przenoszą się do czasów drugiej wojny światowej. Czy dużo rozmawiałyście o tej scenie?
Tak, dużo rozmawiałyśmy o tej scenie snu, ponieważ dawała ona wiele możliwości. W zasadzie we śnie można umieścić wszystko. Na przykład nieobecną pacjentkę Liliane. W filmie rozmawiamy o niej, ale nigdy jej nie widzimy… poza sceną snu, gdzie pojawia się na koncercie, gdzie są obecne także Liliane i Paula… które są w miejscu przeznaczonym dla orkiestry. Ale dlaczego Holokaust nie miałby być częścią filmu Rebeki? Odegrał dużą rolę w jej życiu z uwagi na jej historię rodzinną. Holocaust stanowi także część historii Francji i Paryża. Zatem nieuniknione było, że kiedy – podobnie jak Rebecca – decydujesz się opowiedzieć o podświadomości w ujęciu Lacana, wszystkie te osoby, te ocalałe kobiety, powinny się tam pojawić. One ukształtowały wasze życie i wasze historie w sposób, który jest… nieświadomy.
W tym samym śnie dochodzi do pojednania Liliane z jej synem. Tak przy okazji, jej syn pojawia się w nim ubrany jak gestapowiec.
Moim zdaniem na tym polegają sprzeczne matczyne uczucia. Czujesz, że bardzo kochasz swoje dziecko, że jest ono częścią ciebie i to cię przytłacza. Wiem, że go kocham, ale równocześnie wiem, że mnie zabije. To fascynuje mnie zarówno jako matkę i jako aktorkę. I wiesz co? Jest bardzo dużo filmów, które poruszają ten temat, na przykład Musimy porozmawiać o Kevinie (reż. Lynne Ramsay) lub Babadook (reż. Jennifer Kent). Mam całą listę! Czasem wydaje mi się, że mogłabym zorganizować festiwal z okazji dni matki i pokazać na nim tylko filmy opowiadające o ambiwalencji matczynych uczuć. (śmiech)
Inną cechą wyróżniającą Ostatnią sesję w Paryżu, poza humorem i eksploracją snów, jest umiejętność żonglowania różnymi gatunkami, począwszy od thrillera psychologicznego, przez komedię małżeńską, po kryminał. Trudno nie odbierać tego jako nawiązania do Złotej Ery Hollywood, prawda?
Nigdy nie studiowałam filmoznawstwa, więc nie jestem ekspertem w dziedzinie tego okresu w historii kina. Jedyny okres, który naprawdę dobrze znam, to lata siedemdziesiąte! (śmiech) Dużo uczę się od Rebeki, jest moją nauczycielką. I skoro o tym mowa, masz rację: rzeczywiście w filmie robimy ukłon w stronę komedii małżeńskich. Ten ukłon to zasługa Daniela Auteuila i granej przez niego postaci…
To idealny moment, żeby porozmawiać o innych aktorach, na przykład o Danielu Auteuilu, który gra twojego byłego męża, zachwyconego możliwością poprowadzenia wspólnego śledztwa z byłą żoną w sprawie śmierci Pauli…
Uwielbiam Daniela! Wydaje nam się, jakbyśmy byli rodzeństwem. Uważam, że jest bardzo wrażliwy i działa kojąco. Wnosi do filmu lekkość. Dzięki niemu ta historia jest bardziej zabawna, nie ma co do tego wątpliwości. Uwielbiam te małe sceny, które mają miejsce między granymi przez nas postaciami. Na przykład scena w kawiarni, kiedy on improwizuje kłótnię z kelnerem, tylko po to, żeby rozśmieszyć Liliane. Dla mnie to fascynujące.
Co powiesz o Virginii Efirze? Ją widzimy rzadziej, głównie w retrospekcjach, ale jej postać odgrywa ważną rolę dla rozwoju granej przez ciebie bohaterki…
Zgadza się. Dynamika między Paulą (postacią graną przez Virginię) a Liliane Steiner jest bardzo ciekawa. Moja postać projektuje siebie na swoją pacjentkę. To jej śmierć jest bodźcem, żeby skorzystać z sesji hipnozy, gdzie natyka się na drzwi, które postanawia otworzyć, za którymi znajduje się ten tajemniczy sen, freudowska wizja… Ta śmierć sprawia, że zaczyna zadawać sobie pytania, których nigdy wcześniej nie śmiała postawić. Na przykład, dlaczego opuścił ją mąż? Mówię o projekcji również dlatego, że Liliane stopniowo zdaje sobie sprawę, że Paula okłamywała ją przez cały okres psychoanalizy, przez cały okres ich wspólnej podróży. To z kolei ją fascynuje. Sprawia, że zaczyna się kwestionować. Można powiedzieć, że śmierć Pauli doprowadza ją do samoodkrycia. Ten film jest bardzo bogaty w znaczenia. Niestety, nie miałyśmy z Virginie zbyt wielu wspólnych scen. Mówię „niestety”, ponieważ jest bardzo dobrą aktorką, jest zachwycająca. Cieszę się, że mogłam siedzieć tuż za nią i słuchać jej podczas naszych sesji terapeutycznych.
Czy równie przyjemne było spotkanie z postacią, w którą wcielił się Mathieu Amalric, czyli z dość niepokojącym mężem Pauli?
Mathieu jest bardzo popularny w USA dzięki swoim rolom i filmom. Bardzo chciałam go poznać i z nim współpracować, chociaż po części wiedziałam, czego się spodziewać. Okazało się, że jest niezwykle zabawny. Bardzo mnie rozśmieszał! Zawsze miał w zanadrzu jakiś żart, czy to na planie, czy poza nim, jak mały, rozbrykany chłopiec. To bardzo interesująca i bardzo zaangażowana osoba. Jeśli chodzi o graną przez niego postać, uważam, że jest niepokojąca, dość podejrzana i nieco ekscentryczna. To samo można powiedzieć o postaci jego córki, którą gra Luana Bajrami, młoda aktorka, którą odkryłam, a ona doskonale ukazała tę złożoność.
Czy to, że zagrałaś w filmie pod oryginalnym tytułem Vie privée, nie jest mrugnięciem okiem, skoro jako gwiazda Hollywood zawsze starałaś się oddzielać życie prywatne od zawodowego?
To jeden z powodów, dla których zainteresowałam się scenariuszem. Ten temat jest bardzo ważny, a równocześnie bogaty. Rebecca zwróciła mi uwagę, że słysząc wyrażenie „vie privée”, możemy zrozumieć je na kilka sposobów. „Vie privée” może oznaczać również „pozbawiony życia”. Jedną z bohaterek tej historii jest Paula, która nie żyje. Jej śmierć nie jest jednoznaczna – popełniła samobójstwo czy została zamordowana? To centralna kwestia dochodzenia prowadzonego przez Liliane. Poza grą słów, muszę przyznać, że czasem traktuję filmy jak medytację nad własnym życiem. Oczywiście zawsze dbałam o to, aby oddzielać życie prywatne od zawodowego, to chyba naturalne. Równocześnie muszę przyznać, że na ekranie odnajduję najważniejsze, najbardziej znaczące i najbardziej prawdziwe aspekty mnie samej. Jak mogłoby być inaczej? Wszystko oddałam kinu. Oczywiście to forma sztuki, więc mój dar przekazałam z dużą dozą kontroli. Nie zmienia to jednak faktu, że przez wszystkie te lata dzieliłam się ze wszystkimi bardzo głębokimi i bardzo osobistymi sprawami, i było tak odkąd skończyłam trzy lata. Można powiedzieć, że moja kariera jest całym moim życiem.
Czy możesz powiedzieć, że kino było dla ciebie… formą terapii?
W pewnym sensie tak. Mogę ponownie nawiązać do mojej postaci. W psychoanalizie mamy z jednej strony terapeutę, a z drugiej strony pacjenta oraz przestrzeń, gdzie się spotykają. To przestrzeń, która jest czymś innym niż prawdziwe życie, ale to tam mogą dzielić się ze sobą najważniejszym, co mają. To właśnie w tej przestrzeni może dojść do uleczenia… To dotyczy nie tylko pacjenta! Pod tym względem można powiedzieć, że to kreatywne miejsce… (uśmiech) …
Rebecca Zlotowski – biografia
Rebecca Zlotowski to francuska reżyserka i scenarzystka. Urodziła sią w 1980 roku w Paryżu. Ukończyła Ecole Normale Supérieure oraz Femis, poza tym studiowała także literaturę francuską. Wyreżyserowała Piękny koniec (nominacja do nagrody Tygodnia Krytyki w Cannes, nagroda Louis Delluc dla pierwszego filmu, Nagroda Krytyków dla najlepszego pierwszego filmu), Grand Central (oficjalna selekcja Cannes), Planetarium z Natalie Portman, film prezentowany na Festiwalu Filmowym w Wenecji, Gorące lato z Sofią (nagroda SACD, Directors’ Fortnight, Cannes) oraz Les Enfants des autres (konkurs w Wenecji). Jej miniserial Dzikusy nagrany dla Canal Plus jest adaptacją powieści Sabri Louatah. Serial zdobył nagrodę Francuskiego Syndykatu Krytyków Kina dla najlepszego serialu. Mieszka i pracuje w Paryżu.


